Era hiperindustrialna
W poniższym fragmencie postaram się wykazać, dlaczego błędne jest nazywanie aktualnej fazy cywilizacji Atlantyckiej – post/industrialną. Jest wprowadzającym w błąd określaniem, ponieważ w tej fazie skutki industrializacji osiągając kulminację, przeobrażają wszystkie sfery życia, od osobistych, tych najbardziej intymnych, po globalne.
Więc tylko zaznaczam, że industrializację rozumiem nie tylko jako proces produkcji, ale jako całkowite podporządkowanie człowieka maszynie. To totalne podporządkowanie prowadzi do rozkiełznania Mechanomachii.
Zapoczątkowany ponad dwieście lat temu proces industrializacji, po przejściu kolejnych rewolucji przemysłowych (elektrycznej /II./, komputerowej /III./) wchodzi w fazę kulminacyjną. Rozpoczyna się bowiem rewolucja /IV./ torująca drogę SI/AI, która w końcu przesądzi o całkowitym podporządkowaniu człowieka – już nie konkretnej maszynie, tylko technologii. Oczywiście technologia – nie jest żadną wyabstrahowaną siłą fizyczną, tylko wyrafinowanym know- how, jakie wykorzystywane jest w centrach władzy tworzących zglobalizowany technopol.
Jeśli w poprzedniej fazie wszelkie wytwory aktywności człowieka były przeliczalne i wyrażalne w pieniądzu, to teraz wszystko jest już mierzalne, kwantyfikowane w dowolnych jednostkach, które następnie stają się podstawą wyznaczania obowiązujących standardów. Przybrawszy ilościową postać wszystko może być wyrażone w wersji cyfrowej. Taki przekaz „wrzucony” do sieci trafia w każde miejsce, bowiem wspomagany kosmicznie internet (Starlink) ma już zasięg globalny.
To, co opisuję osiągnięte zostało dzięki… maszynom, bo komputer, automat, robot jest maszyną. Człowiek, który je wymyślił i skonstruował, doskonalił i modyfikował, w końcu padł ofiarą procesów przystosowawczych. Najpierw panował nad maszyną, dopóki była zmechanizowanym narzędziem pracy, ale kiedy stała się bardziej skomplikowanym urządzeniem – obsługujący ją robotnik przekształcony został z niezbędny (na początku), zaś na końcu w zbędny dodatek do maszyny. Równolegle następowało systematyczne obniżanie poziomu kształcenia zawodowego; zatem, czy robotnika pracującego w IKEA INDUSTRY można nazwać stolarzem ?
Ale od kiedy najczęściej używaną maszyną stał się komputer, laptop czy smart-phone, człowiek nie jest już ich użytkownikiem, tylko stał się ich niewolnikiem.
Maszyna to też farmakon
Maszyny przynajmniej od trzech wieków nieustanie ułatwiają ludziom pracę i życie. Skutek: pracy jest coraz mniej, a życie zmienia się w pasmo przyjemności. Ale pod tym konsumpcyjnym blichtrem kryje się coś niepokojącego. Jest nim wymuszany funkcjonalizm, który nabyty w obsłudze maszyn wyrabia odruchy warunkowe, tym samym pozbawia człowieka zdolności samodzielnego myślenia. Maszyna na trwałe osadzona między Ja a Ty sieje spustoszenie nie tylko emocjonalne; wprawdzie ułatwia łączność i kontakt z Drugim, ale tylko taki, w którym medium staje się przekazem (jak to ujął McLuhan). Okazało się, że maszyna, która uznawana była za zasadniczy „motor” wprawiający człowieka w aktywność wytwórczą, teraz steruje jego reakcjami, zachowaniami – co najgorsze – jego percepcją. Wcześniej tego nie dostrzeżono, iż ma też zdolność kształtowani relacji międzyludzkich na modłę mechaniczną. Maszyna jawi się jako „farmakon”, to znaczy: ułatwiając -jednocześnie degeneruje; pomagając – zniewala.
Ten negatywny pływ szczególnie wyraźnie uwidocznił się w usługach. Zachodzące w usługach procesy mechanizacji, automatyzacji, robotyzacji, cyfryzacji … spowodowały przerażające spustoszenie tejże – organicznej sfery ludzkiej aktywności. Mechanomachia – jak w jednym słowie wyrażam opisywane procesy – doprowadziła do systematycznego upadku usług, a w końcu do wynaturzeń w określaniu ich istoty. Aktualnie, w teorii usług jest już nie – do – pomyślenia, że najważniejszy jest czyn/akt wynikający z wewnętrznego poruszania człowieka. Że z tego źródła wytryska relacja usługowa, a z niej całe ogromne bogactwo uniwersum usług. Można by tę usługową specyfikę ujmować na wiele sposobów, i w podręcznikach ekonomii znajdujemy opisy tego, czym produkcja (wykonywana przez maszyny) różni się od usług. Wskażę jednak inne ujęcie, bo czyn– to nie robota (także ja chyba „nie – jestem – robotem” – jak to muszę – logując się – każdorazowo podkreślać). Czyn, a tym bardziej wy-czyn ma w sobie coś nie-przewidywalnego. Dlatego inicjuje taką oto sekwencję skojarzeń:
czyn → sprawstwo → akt → artefakt
W produkcji punktem wyjścia są środki produkcji, natomiast w usługach najważniejsza jest czynność/akt, czyli czasownik. Zmiana punku widzenia (prowadząca od semantyki do syntaksy) pozwala potraktować czarownik: jako swego rodzaju „incipit”, zapoczątkowujący opis tego co, specyficznie usługowe. Wysunięty na pierwszy plan czasownik/orzeczenie wyraża owo poruszenie wewnętrzne, które – w określonych warunkach – przekształca się w usługowe świadczenie, czyli sprawstwo. Dlatego czasownik, ponieważ wyraża on ów od-podmiotowy ruch. Stając się podstawowym słowem wyrażającym aktywność/czyn przejmuje na siebie treściowe określenie i kieruje się od podmiotu ku każdemu przedstawionemu mu przedmiotowi. Dopiero w tym poruszeniu/poruszaniu (się) dokonuje się wyzwolenie przedmiotu świadczenia z jego immanencji, z zamknięcia w sobie samym. Wcześniejsza Ding an sich przekształcona zostaje w Ding für dich.
Rzecz zostaje uzdalniona do zaistnienia p o m i ę d z y osobami, które deklarują gotowość wystąpić w roli usługodawcy oraz usługobiorcy.
(Na temat tak rozumianego czynu więcej w: F. Rosenzeig, ”Gwiazda zbawienia”, tłumaczenie T. Gadacz, Kraków, 1998).
Usystematyzowane rozpoznanie istniejącego stanu rzeczy
- W cyber/przestrzeń, jako środowisko stworzone dla maszyn, zepchnięty został również człowiek; do funkcjonowania w takim świecie, wystarczą mu jedynie kompetencje informatyczne
- Między Ja – Ty na trwałe „zadomowiła się” maszyna narzucająca jej użytkownikom mechaniczny schemat postępowania
- Zamiast rodziny zadanie formacyjne i przygotowujące do życia we wspólnocie przejęła szkoła. Jej podstawowym celem jest takie sformatowanie umysłów uczniów/studentów, by mogli funkcjonować w sieci, w której łączność/przepustowość zastąpiła więzi osobowe
- Nie ma znaczenia gdzie ( bo wszędzie), ważniejsze, że na czas dotrze przesyłka, nie/zamówiony przekaz i dedykowana przez SI/AI informacja
- Systemowe wspomaganie zewnętrzne (przez optymalizujące algorytmy high – tech, inteligentny dom, standardy i procedury) sprawia, że Imperatyw doraźnego zaspokajania potrzeb wreszcie spełniać się może na masową skalę. Samoobsługa – iluzja samostarczalności – wspierana doradztwem internetowym i logistyką powoduje, że dom – topos domostwa – jako miejsce zakorzenienia i siedlisko współżycia rodziny stracił znaczenie.
Covidowy znak czasu
Wyżej przytoczyłem tylko niektóre ze zjawisk służących za ‘markery” pozwalające rozpoznać świat współczesny. Układają się one w jeden spójny proces, który swoje negatywne skutki obnażył w czasie pandemii. Podczas cowidowej zarazy sprawdzone zostało, co można zrobić z usługami, tymi najważniejszymi dla człowieka: albo zawiesić ich świadczenie, albo przenieść do sieci. Na ludziach zamkniętych (lock-down) w „inteligentnych domach” i odwiedzanych jedynie przez kurierów, przetestowano świadczenie usług osobistych, prawno – administracyjnych i publicznych w trybie on – line. Okazało się, że dzieci wcale nie musza chodzić do szkoły, by się uczyć; studentom można przekazać wiedzę bezpośrednio, czyli w wersji e – learning, ale w sposób bardziej komfortowy, bez fatygowania ich, bez uciążliwej obecności na zajęciach; tele-porada radykalnie usprawnia kontakt z lekarzem, razem z e – receptą potwierdzają, że został on sprowadzony do „koncesjonowanego dystrybutora leków”. Pozostały jeszcze do dyspozycje wirtualne muzea, domowe kino, platformy streamingowe dostępne 24h, dwieście kanałów telewizji kablowej…
Pomyśleć, że w ciągu niespełna trzech lat można było w przyspieszonym, wręcz ekspresowym tempie sprawdzić skuteczność wdrażanej strategii cyfryzacji usług dla zglobalizowanego świata.
Samoobsługa osiągnęło apogeum.
Skoro raz się udało „wykreować pandemię” trwającą prawie trzy lata i nikt nie poniósł za ten wyczyn żadnych konsekwencji – pandemie będą wybuchały, jak zarazy w średniowieczu. Jednak COVID będzie odtąd graniczną datą przede wszystkim w historii usług. NB nie tylko medycznych. Stał się bowiem ‘eponimem’ określającym definitywne pozbawienie usługi naturalnych ludzkich określników. Zmutowany wirus Sars- covid 19 (wyhodowany w Wuhan) staje się symbolem płynnego przejście od ‘naturalnych’ do ‘sztucznych’ uwarunkowań. To przede wszytkom w usługach medycznych wyszło na jaw, że naukowo uzasadniana sztuczności wraz z legitymizowanymi i wymuszonymi przez władzę obowiązkowymi szczepieniami zaświadczają, że człowiek pozbawiony został niewyczerpywalnego – naturalnego – ( jak dotąd) fundamentu swojej indywidualności.
„Przed kowiedem”, „po „kowidzie”, będą to określenia potwierdzające, że Sars – COVID 19 stał się eponimem oznaczającym finalną fazę rozwoju usług.
Zapewne nie jest to przypadek, że wraz z końcem pandemii i zamrożeniu na czas jakiś wirusów świat popadł w euforię wywołaną przez chat- boty. W październiku 2023 roku rozpoczęła się kolejna – przygotowana przez pandemię/plandemię – era w cywilizacji Zachodu.
Dygresja 1
Kowidowa zaraza wyznaczyła kolejną cezurą zwłaszcza w historii medycyny i usług medycznych. Ogólnie ujmując można wyznaczyć trzy takie okresy. /1/ Medyk – synonim mądrości i wiedzy naukowej. Na ten przykład, kiedy około 1305 roku Dante Alighieri, chcąc osiągnąć status godny obywatela Florencji (civis), zgłasza akces do korporacji medyków i farmaceutów. Nie oznaczało to, iż Dante uprawiał czynnie zawód lekarza, ale tyle, że do tej korporacji należeli również intelektualiści, literaci – słowem, elita intelektualna stolicy Toskanii.
/a/ Kiedy na uniwersytetach włoskich pojawiły się fakultety medyczne ugruntowała się pozycja zawodowa medyków oraz ich wyróżniony status społeczny. I taka sytuacja trwała przez stulecia. Wraz z początkiem XX wieku dokonuje się zasadnicza zmiana. Za takim symboliczny moment uznać można śmierć dr. Giuseppe Moscatiego (1880 – 1927), zapamiętanego, bo kanonizowanego. Wraz z Moscatim do historii przechodzi pokolenie medyków, dla których być lekarzem znaczyło s p e ł n i a ć p o w o ł a n i e, a przysięgę Hippokratesa traktować jako nieodwołalne zobowiązanie. Co więcej, uprawiana przez nich medycyna była sztuką (ars medicae), którą doskonalili dzięki talentowi i samodzielnej praktyce.
/b/ Kolejną fazę ( od połowy XX wieku) wyznacza proces przekształcania medyka – profesjonalisty w przedsiębiorcę. A to oznacza, po pierwsze, że jego gabinet staje się firmą prowadząca działalność gospodarczą; po wtóre, medyczne know – how zaczynają wyznaczać procedury medyczne.
/c/ Wreszcie wraz z pandemią covid – 19 sprawdzony i wytyczony został kierunek dalszej degrengolady zawodu medyka, ubezwłasnowolnionego przez korporację i sprowadzonego (przez koncerny farmaceutyczne) do roli „koncesjonowanego dystrybutora preparatów medycznych”.
Tyle historycznej dygresji.
Na modłę amerykańską
Skutki rewolucja obyczajowej, która w drugiej połowie lat sześćdziesiątych przetoczyła się po amerykańskich campusach, dwa pokolenia później dotarły do Europy w zradykalizowanej wersji. Permisywizm rozkrzewili i wpoili – edukatorzy różnej maści; dewiacje uznano za mieszczące się w nowych normach kulturowych (bo cóż jest normą? I dla kogo?). Patologiami chętnie zajęli się medycy, odkrywając w nich „drugie dno” chorób cywilizacyjnych – poczuli się pewniej.
Był jeszcze jeden skutek postępującej amerykanizacji Europy. Pojawił się wraz z korporacjami międzynarodowymi jako zapowiedź globalizmu. Korporacje nie tylko nakręcały koniunkturę na globalnych rynkach kapitałowych (doprowadziły do wyłonienia się turbo – kapitalizmu jako fundamentu płynnej po/nowoczesności). Co równie ważne, osiągnęły one status sytuujący je ponad rządami krajowymi. Pomijając aspekt geopolityczny i finansowy, w kontekście prowadzonego tu usługowego wywodu, wskazać trzeba na zasadniczą zmianę podstaw cywilizacji Atlantyckiej, NB będącej dziedziczką cywilizacji śródziemnomorskiej. Stosowne będzie przypomnienie, że słowo cywilizacja pochodzi od łacińskiego civis – obywatel, stąd civitas – to ogół obywateli danego państwa, natomiast civilis – znaczy obywatelski, państwowy, publiczny. I oto wzmiankowane wyżej procesy doprowadziły do powstania nowego ponad-państwowego układu. W zglobalizowanym świecie to korporacje (media, banki, sieci dyskontów, ubezpieczyciele… ) przejęły od państwa znaczną część nadzoru sprawowanego nad obywatelami. Było to możliwe, ponieważ w bazach danych (big data) tych korporacji znalazły się – zapisane w postaci rekordu – niemal wszystkie informacje dotyczące każdej jednostki. Obywatel przestał być civis – obywatelem, stał się sterowanym z zewnątrz konsumentem. Jako zewnątrzsterowalny użytkownik mass-mediów, podatny na manipulacje stał się również sterowalnym wyborcą. Między globalnymi korporacjami a rządami krajowymi powstał swego rodzaju duumwirat, w którym rządom pozostają do spełnienia trzy zadania: po pierwsze, utrzymać się u władzy dzięki wspomaganiu koncernów medialnych (zakup reklam, emisja/publikacja materiałów PR) ; po drugie, legalizując wypracowany deal zagwarantować korporacjom swobodę działania; po trzecie, polityką społeczną i pomocą socjalną minimalizować – na ile jest to tylko możliwe – negatywne następstwa powstałego układu, w którym:
obywatel stał się konsumentem, a obywatelskość – konsumpcjonizmem. Zbłąkany człowiek znikąd ( the anywhare ), daremnie poszukuje swojej tożsamości.
Wcześniej koncepcja SERVUCTION miała uzasadniać i aktywizować ludzką przedsiębiorczość w gospodarstwach domowych, przekształcając je w równoprawne podmioty wymiany rynkowej, ale wszystko skończyło się zniewoleniem człowieka przez maszyny. Kiedy te stały się bardziej inteligentniejsze od człowieka – nie pozostaje mu nic innego jak tylko dać się sterować, przyswajać, akceptować, odbierać… Paradoks: chociaż tego rodzaju niby-aktywności nie mają już nic wspólnego z wytwarzaniem, to pomimo tego, wmawia się nam, że stajemy się co raz bardziej kreatywni.
Ekonomia opisując aktywność gospodarczą wymienia pięć podstawowych jej rodzajów: produkcja – usługi – podział/wymiana – konsumpcja, zatem, zgodnie z tą dywersyfikacją to, co nie jest produkcją staje się usługami, skierowanymi na obsługę przedsiębiorstw bądź gospodarstw domowych. Podkreślam słowo wymiana, ponieważ współdefiniuje ono usługę. Jeśli wytwórcą i konsumentem usługi jest ten sam podmiot ( przedsiębiorstwo bądź gospodarstwo domowe), nie ma wymiany, więc w tym drugim przypadku zanika typowa obsługa gospodarstw domowych, która przebiegała w następujący sposób: niezbędne uprzednie uzgodnienia – zlecenie – zamówienie – wykonanie – dostarczenie korzyści i opłacenie stosownej należności. Usługa wykonana i dostarczana była przez zewnętrznego usługodawcę. Są to sprawy tyleż banalne, co oczywiste, ale przypominam je, by wykazać różnicę między klasyczną usługą a SAMOOBSŁUGĄ.
Tak oto osiągamy taką fazę „rozwoju”, w której wszystko może stać się usługą nadającą się do konsumowania. Ocieramy się o absurd uznając, że ‘samo – usługa’ jest też usługą. Na skutek tego zaniedbania, pojęcie usługa staje się pustosłowiem (pojęciem pozbawionym semantycznego predykatu). Nie dziwi więc, że nic nie stoi na przeszkodzie, by formację gospodarczą późnej nowoczesności rozpoznawać jako SERVICE DOMINANT LOGIG. Stosowanie takiej „logiki” sprawia, że SERVUCTION przekształca się SERV/SUMPTION. Samolubne i samostarczalne ego potwierdza swoje istnienie – w samozaspokajaniu.
Przeglądające się w smartfonie narcystyczne ego przedstawiałem w/na tym blogu wielokrotnie, więc nie muszę wyjaśniać, jak owo samotne ‘Ja’ – zagarnięte przez sieć – ugrzęzło w informatycznym systemie O – 1 (zero-jedynkowym), i dlaczego liczba podwójna (o której będzie mowa niżej) jest dlań nie-do-pojęcia.
Kazimierz Rogoziński