Podczas odbywającej się w Paryżu OLIMPIADY pojawiła się kwestia określenia płci zawodniczek. Czymś bulwersującym i przerażającym było oglądać jak mężczyzno/kobieta („osoba boksująca”) jednym ciosem powalała na deski zawodniczkę o jednoznacznie kobiecej aparycji.
Te makabryczne „olimpijskie” zdarzenia (NB wypada zapytać, co dziś mają one wspólnego z grecką Olimpiadą ?) zbiegły się z lekturą popularno – naukowego czasopisma. Otóż „URANIA” ( 2024/2) wydrukowała artykuł J. Drążkowskiej i W. Bykowskiego „Astronomki we współczesnym świecie” z wyraźnie wybitą tezą: „Urania też była kobitą”. W powołaniu na tę oczywistość wykazują, że we współczesnym świecie astronomki nadal są dyskryminowane, a przecież Urania …
A więc płeć stała się problem także w astronomii, wpisana została w kosmologiczne konotacje.
Na poparcie lansowanej tezy przytaczają wyniki badań przeprowadzonych przez renomowane polskie uniwersytety (UW, UG,UZ ), z których wynika, że w 2010 roku wśród kadry profesorskiej kobiety stanowiły jedynie jej 1/3 (dokładnie 27%). Ta rażąca dysproporcja wprawdzie się zmienia, ale ten pozytywny trend postępuje zbyt wolno, czego dobitnym przykładem są właśnie profesorki – astronomki. Konieczne jest – postulują autorzy – przyspieszenie, bowiem jeśli „w tej materii” nic się nie zmieni, to do zrównania parytetów (zbilansowania płci) dojdzie dopiero w 2070 roku. A to oznacza, że dwa kolejne pokolenia uczonych kobiet pozbawionych zostanie dostępu do tytułów profesorskich.
To, że artykuł poświęcony kwestii wyprowadzenia priorytetów pojawił się w „URANII” świadczy, po pierwsze, o tym, że historię tej szacownej nauki trzeba poddać gruntownej krytycznej dekonstrukcji. Zresztą, nie będzie to takie trudne, by wykazać, że wśród fizyków, matematyków, astronomów, kompozytorów nie ma kobiet, bowiem były po prostu dyskryminowane przez zaborczy maskulinizm. W szprychy rozpędzającego się koła dekonstrukcjonizmu pozwolę sobie włożyć taki oto patyk – z pytaniem: owszem, Urania była kobietą, jak pozostałych osiem Muz. Polihymnia też była kobietą, ale czy stąd wynika wniosek, że należy zniwelować dysproporcję spowodowaną nadreprezentatywnością kompozytorów? że trzeba napisać od nowa ‘’krytyczną” historię muzyki i gruntownie zreformować studia muzyczne ?
Koło się toczy, dyskusja zatacza coraz to szersze kręgi, pojawiają się argumenty … Wypracowany został consensus – dualizm płci da się uzasadnić jedynie na poziomie biologicznym /1/. Natomiast na poziomach: psychicznym /2/, kulturowym /3/, i społecznym /4/, binarność płciowa się rozmywa. Otrzymujemy wynik 1 : 3, czyli sprawa jest przesądzona: równouprawnienie płci jest bezdyskusyjne. Kryterium płci traci znaczenie, albowiem płeć zmienną jest…
Ale jeśli uznać ten wniosek za podstawę teorii i praktyki społecznej, to zgodnie z metodologią Popperowską dopóty uznawany być może za poprawny, dopóki nie zostanie sfalsyfikowany. Okazuje się, że wcale nie jest to takie trudne.
Był kiedyś taki kraj, w którym równouprawnienie było sztandarowym hasłem polityki społecznej, kulturalnej, naukowej, ekonomicznej… Rawnoprawje nie blokowało dostępu kobiety do żadnego z wykonywanych zwodów: od traktorzystki przez nauczycielkę po kompozytorkę. I okazuje się, że jeśli chodzi o te ostatnie uzdolnienia – w ZSSR pojawiła się tylko jedna kompozytorka światowej rangi: Sofia Gubajdulina (rocznik 1935).
Coś w rodzaju konkluzji.
No więc w końcu, czy kobiety są podobne do mężczyzn, czy też nie ?
Jeśli feministki mają rację, różnica powinna być fundamentalna. Pani dziekana, to ktoś inny niż pan dziekan (to znaczy, że chociaż sprawuje identyczną funkcję robi to inaczej ); więc tym samym są obszary typowej kobiecej dominacji, a inne wybitnie męskiej.
Kazimierz Rogoziński