Od 1945 roku, my Polacy (katolicy w zdecydowanej większości) poddawani jesteśmy – trwającemu z różnym natężeniem – procesowi modernizacji. Z grubsza można podzielić go na dwa podokresy: 1/ brutalna komunalizacja oraz 2/ łagodna, acz bezkompromisowa liberalizacja.
W latach (1945 – 1990) naukowo zaplanowanej pierekowki polska anima endeciana przekuwana była i zastępowana przez antroposa, którego świadomość wreszcie oczyszczona być miała ze średniowiecznych reliktów. Wyjście z ciemnogrodu na oświeceniową i oświetloną (elektryczność = władza rad) trajektorię postępu skutkować miało zaprowadzeniem sprawiedliwości i równości. W zasięgu ludzkich możliwości pojawił się wreszcie wyśniony cel: zbudowanie raju na ziemi; trzeba było tylko pozbyć się wrogów klasowych (burżujów i kułaków) oraz zacofanych katolików…
Ale każdy z nadwyżką wykonany plan pięcioletni ujawniał, że droga do osiągnięcia założonego celu staje się mirażem, że w końcu komunistyczny raj okazać się może przedsionkiem piekła. Przed całkowitym pogrążeniem się w jego otchłani ocaliły Polaków nieugięta postawa opatrznościowego Prymasa Tysiąclecia kard. Stefana Wyszyńskiego oraz pontyfikat Jana Pawła II.
Po epoce realnego komunizmu pozostały nie tylko mastodonty industrializmu (NB celowo zrujnowane, by stały się łupem „dzikiej” prywatyzacji, z niemałym trudem pozorowanej na systemową). Ale dały o sobie znać jeszcze większe straty; ich uosobieniem stał się homo sovieticus, którego R. Legutko („Esej o duszy polskiej” kilka wydań, pierwsze w 2008 r) nie przebierając w słowach nazywał: zbir, cham, prostak, prymityw… Jakkolwiek pejoratywne w swej wymowie, określenia te stanowiły uzasadnienie podjętej przez elity III RP modernizacji zamieszkującego Rzecz/pospolitą plebsu.
Wyraźna mobilizacja oświeconego establishmentu dała o sobie znać, kiedy okazało się, że zmora katola nadal krąży nad Polską i najważniejszym zadaniem na polu kultury i oświaty staje się wyeliminowanie Kościoła z przestrzeni publicznej. Na szczęście bojowo brzmiące hasło nawołujące (lewicę) tylko do „opiłowanie katoli” jest przejawem postępującej ogłady i ucywilizowania rewolucyjnych zapędów. Mgło być gorzej, bo jak przytomnie odnotowuje M. Zdziechowski w laicyzującej się porewolucyjnej Francji, „Kościół i państwo spotykały się tylko przy gilotynie”. (Pisma wybrane, Kraków, 1993, s. 202)
Wejście w najnowszą fazę laicyzacji (po wyborach 2023 roku), dokonało się przez spektakularne przejęcie przez lewicę kultury, nauki i oświaty – trzech resortów, kluczowych dla życia duchowego Polaków. W wojnie o „rząd dusz” , toczonej w trzecim dziesięcioleciu XXI wieku sięga się po środki bardziej „miękkie” niż te, jakimi posługiwała się władza komunistyczna. Jak pamiętamy, panowanie tej drugiej zabezpieczały „resorty siłowe”.
Półroczny areszt „wydobywczy” na ks. Michale Olszewskim jest nieporównywalny z męczeńską śmiercią ks. J. Popiełuszki. Nie trzeba zamykać kościół ani nacjonalizować mienia parafialnego czy zakonnego. W ponowoczesnym społeczeństwie wiedzy i informacji, walka z Kościołem koncentruje się na obróbce umysłowości katoli.
Zawieszenie broni na ideologicznym froncie, ani też żaden kompromis nie są możliwe, albowiem na podstawowym poziomie, na którym formują się zręby moralności różnice są nie – do- przezwyciężenia. Dlaczego ?
Przepaść nie do pokonania
Przyjmując, że katolik i ateista to dwie figury tejże antynomii, wskazać należy zasadniczą przyczynę ich trwałej opozycji. Co ciekawe, nie ma ona charakteru konfesyjnego ( typu: wierzący contra agnostyk, ponieważ nie ma człowieka w – nic -nie – wierzącego), tylko moralny.
Katolik – ma świadomość, iż grzesząc popada w niewolę zła, że skalane grzechami sumienie spowoduje zamęt wewnętrzny i niezdolność rozróżniania między dobrem a złem.
Ateista – negując deontologię czuje się wyzwolony z opresyjnych kanonów etycznych ograniczających i narzuconych przez autorytarną instytucję. Mniema, iż uosabia immanentnie czystą naturę człowieka. Odrzuca coś takiego jak „grzech”, ponieważ uznaje go za relikt minionej konwencji etycznej, pozwalający trzymać człowieka w ryzach opresji.
Słowem: dla pierwszego grzech jest równoznaczny z wejściem na drogę prowadzącą do nieprawości, do poddania się Złu; natomiast dla drugiego, „grzech”, jako łamanie obowiązujących zakazów, jest aktem wyzwolenia i potwierdzeniem zdolności do samorealizacji; tzw. grzech jest ceną wstępu do złudnej krainy wyzwolenia.
Kazimierz Rogoziński