W ciągu minionego trzydziestolecia pojęcie „Trzecia droga” pojawiło się dwukrotnie i przemknęło przez świadomość zbiorową Polaków.
Po raz pierwszy można było się ją napotkać na początku lat dziewięćdziesiątych w przypisach, anexach i appendixach, czyli dodatkach uzupełniających do publikacji firmowanych przez czołowych reprezentantów „szokowej terapii” społecznej zwanej eufemistycznie: transformacją systemową. Niczym „Tuba mirum…” (w „Dies ire”) wybrzmiewał z Magdalenki jednolity przekaz: wprawdzie znajdujemy się na skrzyżowaniu dróg, ale nie ma wyboru. Wschodnia droga prowadząca do komunistycznego raju na ziemi zastąpiona będzie drogą Zachodnią. Z góry przyjęta bezalternatywność nie tylko eliminowała, ale dyskredytowała jakiekolwiek propozycje wyboru „Trzeciej drogi”.
Czym była, a raczej, czym mogłaby być podjęta wówczas próba wytyczenia „trzeciej drogi” ?
Po pierwsze, byłaby szansą odzyskania tego, co zaprzepaszczone zostało stanem wojennym, a więc mogła być kontynuacją zrywu ogólnonarodowego, który SOLIDARNOŚĆ próbowała osadzić w ramie społeczo – gospodarczych przekształceń. Po drugie, i co najważniejsze, byłaby realną alternatywą pozwalającą wypracować takie rozwiązania ustrojowe, które gospodarkę kapitalistyczną budowałyby na fundamencie solidaryzmu społecznego. Wybór „trzeciej drogi” oznaczałby podjęcie śmiałego wyzwania polegającego na włączeniu dziewięciu milionów Polaków (a tylu mnie więcej członków liczyła SOLIDARNOŚĆ) do aktywnego udziału w autonomicznych decyzjach i oddolnie uruchamianych procesach kształtujących przyszłość Polski. Nie trzeba było wszystkiego wymyślać od nowa. Mieliśmy za sobą falsyfikację naukowej dystopii, jaką był realny socjalizm z jego gospodarką niedoboru. Poza industrialnym mastodontami dysponowaliśmy wystarczającym potencjałem wyjściowym, a tworzyły go:
- spółdzielczość w jej podstawowych odmianach: spółdzielczość pracy, mieszkaniowa, spożywców, a nawet spółdzielczość twórców ludowych
- banki spółdzielcze
- indywidualne rolnictwo i obsługującą je gminne spółdzielnie, wywodzące się z dawnej samopomocy chłopskiej
- rzemiosło z bogatą historią, głęboko wrośnięte w tkankę społeczną
- na poziomie organizacyjna – zarządczym znana była koncepcja akcjonariatu pracowniczego, łącząca zaangażowanie pracowników z partycypacją w podziale wypracowanych zysków
Ale nasze elity nie pojęły tego wyzwania. Zasiadłszy wygodnie przy „okrągłym stole” zadecydowały o gładkim i ślizgiem przejściu w liberalną gospodarkę rynkową, okłamując przy tym społeczeństwo, że takie „pójście na żywioł” gwarantuje równość szans.
Po raz drugi „trzecia droga” pojawiła się przestrzeni publicznej w czasie wyborów parlamentarnych w 2023 roku. Tym razem jako „partia niby/ środka”. Mała być długo oczekiwaną alternatywą dla wyborców sfrustrowanych trwającą ponad dekadę wojenką polsko – polską. Ale jak się okazało była to zwyczajna – tym razem polityczną „ustawka” czy „zagrywka”, ponieważ „Trzecia droga” złączyła się z establishmentem tworząc koalicją [KO].
O ile w pierwszej sytuacji „trzecia droga” okazała się zmarnowaną historyczną szansą, to w drugim przypadku – można uznać, że została skutecznie skompromitowana.
Wynika z tego jeden wniosek: Polska powinna zmienić swoje godło. Żadne my orły ! Pawiem i papugą narodów była i taką pozostanie.
PS
Jak się okazuje, wybór „trzeciej drogi” jest sprawą niesłychanie trudną nie tylko dla Polaków.
Coś w rodzaju takiej pośredniej drogi dla współczesnego Kościoła starał się wytyczyć papież Franciszek. Jego nauczanie nie było kontynuacją dzieła JP II; uniknął też jednoznacznego opowiedzenia się po stronie konserwatywnego Bractwa św. Piusa XII. Wybrał raczej trzecią możliwość: „drogę synodalną” – prowadzącą do protestantyzacji Kościoła katolickiego, czyli – docelowo – skutkującej upodobnieniem z Kościołem ewangelickim.
Kazimierz Rogoziński